Blog > Komentarze do wpisu

dać widzom po twarzy

 

Wejście w nowy teatralny sezon - deszczowe, wietrzne, nieprzyjemne.

Długa kolejka chętnych po wejściówkę na spektakl "Ich czworo" w Teatrze Polonia. Nieuprzejmości, żądania i kłótnie, jak to w Teatrze Polonia.

Potem następuje wyciszenie, wszyscy już siedzą. Na scenę wychodzi reżyser i aktor jednocześnie - Jerzy Stuhr. Zaczynamy. 

Reżyser nie zrezygnował z prologu i epilogu, które od całości dramatu "Ich czworo" odstają stylistycznie. Stanowią próbę wpisania się w nurt przybyszewszczyzny, podczas gdy Zapolskiej najlepiej wychodziło pisanie o moralności, sprawach obyczajowych i ludzkich dramatach. Zabawa w natchnioną poetkę się pisarce nie udała i szkoda, że reżyser tego nie zauważył.

Fabuła utworu jest prosta i wiernie została przeniesiona na deski Teatru Polonia. Oto jest rodzina: mąż, żona, dziecko. Ale jest też kochanek żony, jakaś koleżanka czy ciotka, która niegdyś z tym kochankiem miała do czynienia, co skończyło się dla niej traumatyczną aborcją. Jest właścicielka domu, która kochankowi odnajmuje pokój, a przy okazji kocha się w nim szalenie i roi sobie w głowie nie wiadomo co. Są święta Bożego Narodzenia, choinka, mróz, potrawy wigilijne i oczywiście pikantne schadzki. 

Na scenie ekipa serialowa! Aktorzy z pierwszych stron kolorowych pism: Sonia Bohosiewicz, Tomasz Kot, Renata Dancewicz, Iza Kuna.

Może i oni dobrze zagrali, może miałkość tego spektaklu to wina reżysera.

Dialogi Zapolskiej zostały nieco podkręcone, by było zabawniej, jak w kasowej produkcji komediowej (w takich specjalizują się gwiazdy "Ich czworo"). Publiczność rżała, za co na koniec została zganiona w epilogowym monologu symbolicznej postaci z dramatu, ucieleśnionej przez reżysera.

Czołowy problem dramatu - problem dziecka osamotnionego w rozpadającej się rodzinie - został zepchnięty na dalszy plan i powracał tylko co jakiś czas w niewyszukanym geście wyrywania sobie dziecka z rąk.

Scenografia i kostiumy nie zawsze współgrały. W klimat epoki nie wpisała się sukienka głównej bohaterki - żony (Sonia Bohosiewicz), w najmodniejszym połączeniu kolorów z ostatnich sezonów: zieleń z niebieskim. Z epoką Zapolskiej niewiele wspólnego miały też niebieskie szpilki na koturnie i kiczowato-seksowna koszulka nocna żony. Zofia de Inez (kostiumy) jednych ubrała jak niegdyś, innych - jak dziś. Wszystko to pozostawiało w widzu jakiś niesmak, dezorientację i osąd, że najlepiej w tym widowisku wypadła Służąca (Krystyna Froelich) - pod względem stosowności ubioru, jak i gry aktorskiej.

Wiem, że prywatne teatry nie mają lekko i swój krzyż niosą. Wiem, że Janda gust ma i wiele dzieł jej bliskich, jest ważnych i dla mnie. Np. utwory Zapolskiej. Może lepsi mniej znani aktorzy, mniejszy budżet, ale porządna analiza tekstu i ciekawy pomysł reżysera? Nie tak dawno w Teatrze Współczesnym Agnieszka Glińska reżyserowała mistrzowsko "Moralność pani Dulskiej". 

Spektaklowi "Ich czworo" do mistrzostwa daleko.

 

                                                  


środa, 10 września 2014, woleteatr

Polecane wpisy